Na co warto czekać po 76. Berlinale?

fot. Berlinale
Josephine, reż. Beth de Araújo
Historia o dziecku, które musi dorosnąć zdecydowanie zbyt szybko. 8-letnia Josephine - niesamowity debiut Mason Reeves - jest jedynym świadkiem pewnego aktu brutalnej przemocy. Duszę rozdziera strata dziecięcej niewinności, bezradność opiekunów czy też to, że zeznawać ma osoba, która jeszcze nie rozumie słów „sąd” czy „prokurator".
Nie będę ukrywał - długo nie mogłem pozbierać się po tym filmie. Patrzenie jak dziecko próbuje radzić sobie z tym, co zobaczyło (np. kupując plastikowy karabin do samoobrony) sprawiło, że nie raz brałem głośniej oddech oraz nie mogłem powstrzymać płaczu. I choć całość obserwujemy z perspektywy dziewczynki, równie boleśnie ogląda się nieporadność rodziców - w tych rolach Channing Tatum i Gemma Chan - którzy po prostu chcą chronić swoją córkę.

Light Pillar, reż. Xu Zao
Jeśli ktoś z was marzył o butach ze świecącymi podeszwami, zakocha się w „Light Pillar”. Choć film zaczyna się od brudnego świata opuszczonego studia filmowego, Zha dość szybko ucieka w wirtualną rzeczywistość - pełną kolorów oraz gadżetów typu huśtawka z ogromnym, świecącym motylkiem. Ucieczka od realności to może dla wielu apokaliptyczna wizja, ale w świecie chińskiego reżysera nie brakuje inteligentnego humoru i promyka nadziei. Oraz słodkiego kota.
Debiut, który zaskakuje nie tylko lekkością w scenariuszu, ale i ciekawą formą. Gdy główny bohater zakłada okularo-czapkę (z małym wiatrakiem) przenoszącą do innego wymiaru, animacja przechodzi w kino live action. Przekornie, to świat dla nas normalny, który nie został namalowany przez animatorów, to ten, za którym tęskni główny bohater - ale może tak będzie wyglądać też nasza przyszłość, w której trudno o prawdziwą miłość i tęskno spojrzenie odprowadzają statki

Queen at Sea, reż. Lance Hammer
Nie wyobrażam sobie, jak żyć ze świadomością, że możemy krzywdzić kogoś, kogo kochamy. „Queen at Sea” zaczyna się od sceny seksu między parą, w której jedna z osób cierpi na demencję. Gdy córka nakrywa seniorów, pojawia się dylemat - czy to moralne współżyć z ukochaną osobą, która cierpi na chorobę psychiczną? To dopiero początek trudnych pytań, które stawia film, a poszukiwanie odpowiedzi okazuje się niezwykle poruszającą historią o czasie, rodzinie i wolnej woli.
Cała obsada zasługuje na wyróżnienia, ale zgodzę się, że rzeczywiście to duet seniorów - granych przez Annę Calder-Marshall oraz Toma Courtenay'a - to najlepsze drugoplanowe występy na tegorocznym Berlinale. Choć za świetny scenariusz, grę aktorską i piękne zdjęcia, moim zdaniem, to właśnie Lance Hammer powinien wrócić z festiwalu ze Złotym Niedźwiedziem.

Yo (Love is a Rebellious Bird), reż. Anna Fitch, Banker White
Gdy na korytarzach Berlinale Palast rozmawiało się o polityce, głównym tematem filmów w konkursie były relacje rodzinne. Nie zawsze mowa o kłótniach, trudach dorastania czy traumach zamiatanych pod dywan. Najpiękniejszą z rodzin okazała się ta, która powstała z wyboru - w wyniku szestnastu lat przyjaźni pomiędzy 40-letnią reżyserką i prawie 90-letnią Yo.
Główna bohaterka rozbroiła mnie swoją bezpośredniością. I ilością spalonego zioła. Twórcy robią wszystko, żeby oprócz tematu, zaskakiwała też forma dokumentu. Dom dla lalek, w którym bawi się Anna Fitch okazuje się piękną metaforą. Na ekranie zderzają się bardzo surowe nagrania z wanny Yo oraz pięknie skonstruowane kolaże-witraże. A i myślę, że Franz Kafka pozazdrościłby przedstawienia stypy jako posiadówki modliszek.

Everybody Digs Bill Evans, reż. Grant Gee
Czy da się zrobić biopic, który ucieka od popu? Między Dylanem, Elvisem czy też Michaelem Jacksonem filmowej biografii doczekał się wybitny pianista jazzowy. Na ekranie, tak samo jak w dziełach artysty, nie ma co spodziewać się zgranych, powtarzalnych taktów. To nie przewidywalna historia "od zera do bohatera". Film o Billu Evansie opowiada o żałobie po śmierci współmuzyka i przyjaciela - Scotta LaFaro - i jak przez to stracił sens.
Nie dziwi, że Grant Gee został nagrodzy za reżyserię podczas tegorocznego Berlinale. Tworzy bardzo spójny obraz depresji, pięknie wykorzystuje muzykę i wdzięk instrumentów, by połączyć niezwykły świat muzyki z szarą rzeczywistością rozczarowań i złamanych serc. Podczas grania ciszą dotkliwie wybrzmiewa tragedia człowieka, który nie potrafi się już komunikować ze światem w inny sposób niż poprzez muzykę.

