Kiedy dziennikarz staje się agentem (recenzja)

Radio RAM | Utworzono: 25.12.2007, 23:46 | Zmodyfikowano: 25.12.2007, 23:46
A|A|A

Efektem jest jego najnowsza, znakomita książka o zamachach stanu, mediach, szpiegach, polityce i seksie - "Czas pluskiew".

W październiku 2006 r. „Nasz Dziennik” napisał, że Krzysztof Mroziewicz był w latach 80. i na początku lat 90. agentem wywiadu wojskowego. W tej roli miał posługiwać się pseudonimem „Sengi”. Ta sama informacja znalazła się też w sporządzonym przez Antoniego Macierewicza raporcie z likwidacji WSI.

Od tamtej pory Mroziewicz walczy o swoje dobre imię – konsekwentnie i zdecydowanie zaprzeczając, by kiedykolwiek pracował dla służb wojskowych. Dodaje przy tym, że wskazanie go jako agenta mogło spowodować śmierć kilku osób, z którymi niegdyś kontaktował się w Azji Środkowej.

Mroziewicz to znany publicysta, spec od spraw międzynarodowych, zwłaszcza od Azji. Od lat związany z tygodnikiem „Polityka”. W latach 1996-2001 ambasador Polski w Indiach, Nepalu i Sri Lance. Autor wielu książek. Swego czasu jeden z filarów telewizyjnego programu „7 Dni Świat”.

We wstępie do świetnego, wartko napisanego „Czasu pluskiew” Mroziewicz pisze wprost: „Dziennikarz nie zawsze wie, do czego i przez kogo wykorzystywane są jego korespondencje. Ponieważ pracuje w sferze informacji, przeto styka się ze specjalistami innych branż, które też się nią zajmują. Mam na myśli wywiad. (…) Tego, że [zdarzenia, w których uczestniczyłem] mogły mieć coś wspólnego z wywiadem, domyśliłem się po latach pracy w ambasadzie, gdzie otworzyły mi się oczy”.

Właściwie cały „Czas pluskiew” to opowieść o styku dziennikarstwa z działalnością osób, które zajmują się pozyskiwaniem informacji dla całkiem innych celów: państwowych, wojskowych, rewolucyjnych.

„[W Australii] prominentny przedstawiciel [tamtejszej Polonii], wybitny dziennikarz miejscowej prasy emigracyjnej Eugeniusz A., zaprosił mnie do klubu prasy na roboczy lunch” – wspomina w książce Mroziewicz. – „Gienio interesował się bieżącymi sprawami w Polsce, co uznałem za normalną ciekawość Polonusa, który rzadko bywa w starym kraju. Gienio urodził się w Harbinie, mówił i pisał świetnie po chińsku (…) i w miejscowej prasie drukował analizy i komentarze dotyczące rozwoju i wpływu Chin na przyszłość tej części świata, w której leżała Australia. (…)

Gienio mógł o chińskich zwyczajach, które wkraczały już do Australii, opowiadać godzinami. Ale opowiadał też o zwyczajach mniejszości włoskiej, żydowskiej i polskiej, z której sam pochodził. (…) W zamian za te opowieści Gienio oczekiwał dogłębnych informacji insidera na temat wewnętrznej sytuacji w Polsce (…). Lunch trwał ze trzy godziny. Następnego dnia milioner polsko-ukraińskiego pochodzenia, mówiący świetnie obydwoma językami, zabrał mnie dwuosobowym helikopterem na przejażdżkę ponad miastem (…). Nie ukrywał, że ma przy sobie broń, a nawet chciał, żebym to zauważył.

- Po co ci to magnum? – zapytałem.

- W Australii jest dużo gangsterów – odpowiedział, uśmiechając się jak gdyby był jednym z nich. – Po coś ty tyle czasu spędził wczoraj tym australijskim szpiegiem?

- Jakim szpiegiem? – wystraszyłem się.

- No z tym, z którym jadłeś kangury w klubie prasy. Przecież to jest powszechnie znany informator policji australijskiej”.

Inny przykład. Mroziewicz opisuje jak w latach 80. – gdy był korespondentem Polskiej Agencji Prasowej w Afganistanie - zdarzyło mu się popić z rosyjską generalicją dowodzącą interwencją w tym kraju. Kiedy jego kompani rozluźnili się, zaczęli narzekać, że przegrywają w Afganistanie i woleliby interweniować w Polsce. Mroziewicz uznał tę wiadomość za „informację o kluczowym znaczeniu strategicznym” i postanowił nadać stosowną depeszę do Polski. Ale jak? „Gdybym (…) nadał [ją] z agencji afgańskiej Bachtar, natychmiast przechwyciliby ją Rosjanie” - pisze. – „Tego należało uniknąć. Gdybym ją nadał jako tekst zaszyfrowany ambasady w Kabulu, dotarłaby do centrali służby bezpieczeństwa. Należało jechać do Delhi i szukać trzeciego kanału, wojskowego”. Udało się. Mroziewicz ogadał się z pułkownikiem, który był attache wojskowym w polskiej ambasadzie w Indiach. I ten wysłał depeszę swoim kanałem, do swojej centrali. I to szyfrem.

„Jak [depesza] została zakwalifikowana w jego centrali?” – pyta dziś Mroziewicz. – „Jak przedstawiono i opisano jej autora? Kto naprawdę został jej adresatem? Nigdzie się nie ukazała. (…) Jak widać z tego przykładu, dziennikarz może stać się ofiarą sytuacji, w której się znalazł. (…) Brak swobody wypowiedzi i wolności prasy czynił z dziennikarzy wbrew ich woli i wiedzy dowolny instrument tajnego systemu pozyskiwania i wykorzystywania wiadomości”.

Czy w świetle takich opowieści (a jest ich w książce znacznie więcej) należy się dziwić, że nazwisko Mroziewicza zafunkcjonowało w jakiś sposób w aktach tajnych służb?

On sam tak o tym pisał w oświadczeniu opublikowanym w listopadzie 2006 r. w „Polityce” – w odpowiedzi na rewelacje „Naszego Dziennika”:

„W latach przypisywanej mi współpracy z wywiadem wojskowym przebywałem prawie cały czas za granicą, i to w tych krajach Trzeciego Świata, gdzie nie było ani jednego Polaka poza pracownikami ambasad (w Kabulu, Islamabadzie, Kolombo, Dhace i Delhi). Byłem korespondentem wojennym, a nie agentem. Natomiast agentem jest tchórz, który ukradł nie wiadomo jakie i nie wiadomo czy prawdziwe dokumenty i przekazał je „Naszemu Dziennikowi”. Nie dziwię się, że mam teczkę w IPN, bo bywałem w takich miejscach, do których polscy dyplomaci nie mieli dostępu, a że z nimi rozmawiałem – tego mam się wstydzić? W teczce, którą, jak sądzę, mi stworzyli, znajdują się też zapewne korespondencje wysyłane do biuletynu specjalnego PAP, najlepszego podówczas dziennika (wewnętrznego). W wyjazdach zagranicznych nikt mi nie pomagał poza Zrzeszeniem Studentów Polskich, Ministerstwem Szkolnictwa Wyższego i Polską Agencją Prasową. Artykułów, analiz i książek wywiad wojskowy za mnie nie pisał, a jeżeli mnie wykorzystał i zdradził, to jest to sprawa dla sądu wojskowego”.

W tym miejscu nasuwa się pytanie: czyją ofiarą jest Krzysztof Mroziewicz? „Cynicznej i prymitywnej” (to jego określenie) ekipy Antoniego Macierewicza? Czy też wojskowych służb specjalnych, które zrobiły z niego agenta, choć nim nie był?

W książce Mroziewicz opisuje jeszcze dwa tajemnicze włamania do swoich mieszkań - ostatnie z jesieni 2006 r. Daje przy tym do zrozumienia, że za tymi zdarzeniami mogły stać służby specjalne.

„Czas pluskiew” warto przeczytać nie tylko ze względu na publicystyczne walory tej książki. Także (a może przede wszystkim) dlatego, że to pasjonująca, pełna przygód autobiografia człowieka, który żyje pełnią życia. Dość powiedzieć, że kto polubił jego pikantną „Ekstazję. Podróże z Afrodytą” – ten znów nie będzie rozczarowany.

Krzysztof Mroziewicz, „Czas pluskiew”, wydawnictwo Wołoszański, Warszawa 2007

REKLAMA

To może Cię zainteresować